poniedziałek, 6 stycznia 2014

Czy film o seksie może być dobry?

Seks. Temat, który nigdy nie schodzi z nagłówków w gazetach i ze strony głównej wirtualnej polski. Coś, co napędza ten świat. Stwierdzenie choć na maksa banalne, to jednak wcale prawdziwe. Wszyscy lubimy to robić, lubimy go oglądać i lubimy o nim czytać. Kto temu zaprzecza, ten okłamuje wszystkich i samego siebie.

Ameryki nie odkryję stwierdzając, że seks się sprzedaje. Wiesz o tym Ty i ja, wiedzą o tym również wszyscy w branży filmowej. Zaspokajanie wyobraźni widzów zawsze leżało u podwalin filmowej profesji. Dlatego od kiedy w 1927 roku w Symfonii zmysłów pokazano scenę łóżkową po raz pierwszy, rozpoczęła się ewolucja. Subtelność i wstydliwość, która cechowała prymarne erotyczne sceny, z biegiem lat zanikała i ustępowała coraz odważniejszym popisom aktorów. Dziś kino i telewizja nie pozostawia mojej wyobraźni już zbyt wiele roboty.

To nie porno... to HBO!

Inicjatorem napisania tego tekstu jest oczywiście zbliżająca się premiera Nimfomanki (zwiastun tu!). Film, który nie tyle zawiera sceny, których nie chciałbym oglądać razem z rodzicami przy obiedzie, ale którego seks jest po prostu głównym tematem i powodem istnienia. Zapomnij o miłości krzyczy filmowy plakat. Seks, seks, seks dopowiadam cicho ja. Dlatego zadałem sobie w tym kontekście kilka pytań. Po pierwsze: Czy istnieją dobre filmy o seksie?

Nie mam tu na myśli filmów z mniej lub bardziej odważnymi scenami erotycznymi, bo takich jest multum. W zasadzie możesz odpalić dowolnie wybrany film (niekoniecznie romantyczny) wyprodukowany po 2012 roku i jest duża szansa, że zobaczysz w nim cycki. Mówię o filmach poruszających tematykę seksu, jak Ostatnie tango w Paryżu, 9 i 1/2 tygodnia, albo Wstyd. Przytoczywszy akurat te tytułu można by odpowiedzieć za zadane pytanie twierdząco. Jednak według mnie to wyjątki od reguły. Zdecydowana większość jest słaba. Albo bardzo słaba. Do tego grona zaliczam m. in 9 songs i Imperium zmysłów. To filmy, w których aktorzy nie tylko pokazali wszystko, ale naprawdę bzykali się przed kamerą. Czyli porno, ale artystyczne. Żeby jeszcze za tym szła jakaś treść. Dla mnie natomiast najbardziej seksowne sceny to takie, które wiele pozostawiają wyobraźni. Nie wiadomo które grono powiększy Nimfomanka. Dlatego jak po sznurku zmierzam ku pytaniu numer dwa: Czy chcę obejrzeć ten film?


Kadr z "Nimfomanki"
Jasne, że chcę. Z wielu różnych powodów. Myślę, że będzie to jeden z tych filmów, które na długo wyryją się w pamięci i zostawią ślad na psychice. Tytułowa Nimfomanka, zupełnie jak otaczający nas świat, opętana jest przez seks. W szokujący, ale inteligentny sposób ma szansę ukazać seks jako więzienie. A mam ochotę na obejrzenie mocnego, dobrego dramatu. Plusem jest też obsada filmu, gwarantująca wręcz grę aktorską na wysokim poziomie. No i reżyser, skandalista Lars von Trier. To nie będzie jego pierwszy obraz, w którym seks wylewać się będzie z ekranu. Jego Przełamując fale zgarnęło 24 różne nagrody filmowe. Potencjał więc jest. No to ostatnie pytanie: Czy chcę na to iść do kina?

Tak jak jestem pewny tego, że prędzej czy później obejrzę ten film, tak nie jestem przekonany o tym, czy chcę go oglądać w kinie. Bądź co bądź, Nimfomanka to film maksymalnie intymny, a sala kinowa to miejsce maksymalnie publiczne. Dziwna sprawa, gdy oglądając kolejną scenę spółkowania na ekranie ktoś obok będzie wysysał głośno ostatnie krople coli. Albo ciamkał popcorn. Do swojej sypialni nie zapraszam dodatkowych widzów. Dlatego nie wiem jak Wy, ale ja poczekam, aż minie kilka dni od premiery.


                                        

0 komentarze:

Publikowanie komentarza